Autor: m.stuch@...

2016-10-28, Aktualizacja: 2016-10-28 17:29

Katarzyna Bonda: Postępuję jak facet i słyszę, że to źle

- Oczywiście Sasza ma pewne moje cechy - mówi o bohaterce swoich książek Katarzyna Bonda, "królowa polskiego kryminału". - To na pewno hart ducha, na garbie spory bagaż doświadczeń, poza tym podąża wytyczonym śladem, walczy z szowinizmem i seksizmem, choć wcale nie uważa się za feministkę - dodaje. Z pisarką rozmawialiśmy o jej najnowszej książce pt. "Lampiony", alkoholu, gangsterach i spektakularnym spaleniu Łodzi.

Podobno ma Pani dość polityki i nie chce już o niej rozmawiać?

Tak. Są trzy sprawy, o których nie chcę i nie będę rozmawiać. To polityka, gdyż ta mnie brzydzi oraz aktualne wydarzenia - ponieważ nie mam telewizora, nie prenumeruję prasy i to jest wybór świadomy. Funkcjonuję w świecie moich powieści, zgłębiam wybrany temat, jeśli jest to konieczne przy pracy nad książką, ale nie chcę uczestniczyć w zdarzeniach, które urastają często do rangi sensacji. To mój sposób na higienę psychiczną. Miron Białoszewski nie wiedział, że wybuchło Powstanie Warszawskie, tak bardzo zanurzony był w twórczości.
Nie chcę też rozmawiać o moim życiu prywatnym. Powiedziałam już wszystko. Jestem chyba najbardziej wyspowiadaną pisarką nad Wisłą.


W takim razie porozmawiajmy o Pani najnowszej książce „Lampiony”, której akcja toczy się w Łodzi. Dlaczego właśnie tam?

To bardzo ciekawy przypadek. Zaplanowałam miejsce akcji w innym mieście, miałam już przygotowaną dokładną dokumentację. Nic, tylko usiąść i zacząć pisać. Ale wszystko potoczyło się inaczej. Pojechałam do Łodzi na spotkanie z czytelnikami. Gdy tam dotarłam, okazało się, że dzień wcześniej wybuchł pożar w fabryce klejów. Podobno wszystko niewyobrażalnie się hajcowało i ślady tego było widać w mieście. Jechałam taksówką, a z góry spadały płaty sadzy, co wyglądało jak ciemny śnieg. To było coś niebywałego. Zapytałam taksówkarza, który mnie wiózł, co to jest. Opowiedział mi o pożarze i powiedział, że dwie ulice dalej trwa dogaszanie innego ognia. I jeżeli chcę, to może mnie tam zawieść. Powiedziałam: "No pewnie". I zobaczyłam niesamowitą rzecz: olbrzymią, narożną kamienicę, która niemal całkowicie się wypaliła. Miejscowi komentowali, że "artysty zrobiły imprezę i potem spaliły budynek, że pewnie któryś z papierosem zasnął". I stąd pożar.


© ANNA KACZMARZ / POLSKAPRESS



„Lampiony ” są poświęcone żywiołowi ognia, więc ten pożar pasował do koncepcji książki?

No właśnie. Takie było założenie mojej najnowszej powieści. Czytelnicy liczyli na opowieść pełną ognia, wybuchów, piromanów. Opowieść przedstawiającą współczesnych szaleńców i podpalaczy. Dlatego, gdy pojawiłam się w Łodzi, to wiedziałam, ze znalazłam miejsce do przedstawienia mojego ognia. I co z tego, że miałam już gotowe tło i miejsce akcji w innym mieście? Wykorzystam je w innej książce. Oczywiście musiałam specjalnie przyjechać do Łodzi na klasyczną dokumentację. Poznałam co ciekawsze miejsca, wielu ludzi. Jeden z miejscowych narysował mi nawet na serwetce plan Łodzi i naszkicował wszystkie miejsca, które potem opisałam w „Lampionach”: gdzie wybuchły pożary, gdzie jest komenda policji, gdzie straż pożarna...

Łódź ma specyficzną budowę, która bardzo wpasowała się w moją koncepcję. Właściwie nie ma tam krętych uliczek, starych zaułków. Miasto jest podzielone na tzw. kwartały. Gdy zobaczyłam to z góry, Łódź wyglądała jak duża, kraciasta chusta. Taka Łódź do mnie przemówiła i wiedziałam, że właśnie tu muszę ulokować akcję mojej książki. Po prostu wiedziałam, że mogę taką Łódź spektakularnie podpalić.

© PAWEL LACHETA/ Polska Press



Pani książki „Pochłaniacz” i „Okularnik” poświęcone są żywiołom powietrza i ziemi. Skąd pomysł na ten cykl - powieści kryminalne poświęcone żywiołom?

Na pewno zabrzmi to dziwnie, ale pomysł wziął się z idei I ching. Miałam bohaterkę, Saszę Załuską - kobietę po przejściach. A w skrócie mówiąc, w I ching jest takie założenie, że osoba, która dozna w życiu traumy, aby się oczyścić i zacząć wszystko od nowa, musi przejść przez cztery żywioły, czyli właśnie: powietrze, ziemię, ogień i wodę. Bohaterka mojej tetralogii doznała w życiu olbrzymiej traumy. Gdy ją poznajemy, ma duży problem, ma też swoją tajemnicę. Aby zacząć wszystko od nowa, musi przejść przez cztery żywioły. Każda z książek opisuje jeden z nich.

Saszę spotykamy, gdy wraca do kraju. Chce zmiany, wpuszcza do swego życia coś nowego. Otwiera okno na nowe możliwości, mierzy się z nowymi wyzwaniami. Słowem wpuszcza do swojego życia świeże powietrze. To wszystko opisuje „Pochłaniacz”. Samo powietrze jednak nie wystarczy do przemiany. Człowiek po przejściach musi stanąć na nogi. Sasza jedzie do Hajnówki, aby zmierzyć się ze swoimi demonami i odzyskać swoje życie. „Okularnik” kończy się tym, z czym Sasza nie może sobie poradzić. Ale może jej w tym pomóc ogień, który ma moc wypalenia zła. Ogień jest żywiołem nieokiełznanym i wypali wszystko, tak jak wypala Łódź w „Lampionach”.


© PAWEL LACHETA/ Polska Press



Z kolei woda, której poświęcona jest ostatnia część cyklu - „Czerwony pająk”, może ją oczyścić, zmyć wszystko i Sasza będzie mogła rozpocząć nowe życie. W tej książce wracam na wybrzeże. Akcja będzie rozgrywać się w Trójmieście, nad morzem, bo dominującym żywiołem jest tu woda.

„Lampiony” bardzo się różnią od poprzednich Pani książek. Przypominają mi filmy Quentina Tarantino.

Znakomite porównanie! Bardzo lubię Tarantino i chodziło mi o to, żeby stworzyć książkę właśnie w stylu jego filmów. Taką trochę z przymrużeniem oka, nie do końca na poważnie. Zupełnie inną od dwóch poprzednich tomów. Stąd te wątki z pożarami i terrorystami. Zresztą myślę, że mogłam je nawet bardziej rozbudować, a zwłaszcza wątek terrorystów. Łodzianie mają niesamowite poczucie humoru, więc wybaczyli mi podpalenie miasta. Wybaczyli mi też, że tak napisałam o ich ukochanej Łodzi. I wiem, że czytelnikom pomysł się spodobał.

Lubi Pani swoich czytelników?

Oczywiście, bardzo ich lubię. Bywa, że nawet robię z nich bohaterów swoich książek. Iwona Bejnar z Jasła, która z całą ekipą przyjeżdża na prawie każde spotkanie autorskie, została uhonorowana w ten sposób, że jej imieniem i nazwiskiem nazwałam porwaną pannę młodą w „Okularniku".
Z kolei mąż jednej z czytelniczek kupił swojej żonie to, że stanie się bohaterką mojej książki. Zapłacił naprawdę duże pieniądze, a ja przeznaczyłam je na Wielką Orkiestrę Świątecznej Pomocy.


Joanna i Marcin Żynda, moi czytelnicy z Grudziądza, którzy wiedzą o mnie wszystko, często przyjeżdżają na moje spotkania i przywożą mi czekoladki „Wisełka”, występują natomiast w „Lampionach” jako rodzice Jonatana, chłopaka, który przespał się z Arabką. Serge Mazur z Francji i Laura Mazur z Grecji – moi czytelnicy mieszkający na dwóch krańcach świata, których nic nie łączyło oprócz nazwiska i tego, że czytają moje książki, zostali w powieści parą. A poza tym moi ulubieni czytelnicy mogą zgłosić nazwisko, które będzie np. nosił niesympatyczny bohater powieści. To taki ukłon w stronę tych, którzy czytają.


© PRZEMYSLAW SWIDERSKI / POLSKA PRESS



Ma Pani wnikliwych czytelników. Dostrzegli pewne podobieństwa łączące Panią z bohaterką tetralogii. Czy Sasza Załuska to Pani?

Mnie by nigdy nie przyjęto do policji. Nie zdałabym testów sprawnościowych, poza tym źle się czuję w strukturach hierarchicznych. No chyba że byłabym szefem tej instytucji (śmiech).
Oczywiście Sasza ma pewne moje cechy. To na pewno hart ducha, na garbie spory bagaż doświadczeń, poza tym podąża wytyczonym śladem, walczy z szowinizmem i seksizmem, choć wcale nie uważa się za feministkę, zmaga się ze swoimi demonami, ma swoje dziwactwa i nałogi. Ale zdecydowanie nie jest mną.


Bardzo realistycznie opisuje Pani alkoholizm bohaterki. Ma Pani problem z piciem?

A skąd taki pomysł?! To, że coś odzwierciedlam w powieści realistycznie, wcale nie znaczy, że tak czynię lub mam z tym problem. Nie mam zwyczaju podpalać miast, wkładać ludzkich głów do beczek z kapustą, ani osobiście wykonywać oględzin zwłok, a jednak wszystkie te zdarzenia opowiadam jak najbardziej prawdopodobnie w moich książkach, posiłkując się wiedzą ekspertów. Jestem zawodowcem i staram się ukazywać czytelnikowi światy i miejsca, do których "w cywilu" sam by nie dotarł lub nie powinien tej sfery dotykać. Nie mam nic przeciwko butelce Dom Perignon z 1945 roku, z której wystrzela korek, ponieważ "pękł" milion wydrukowanych egzemplarzy moich książek.

Natomiast, żeby opisać problemy Saszy z piciem, musiałam bardzo dobrze poznać środowisko alkoholików. Niczego nie robię częściowo, więc bardzo się starałam, spotkałam się z osobami, które mają ten problem, byłam na wielu mityngach AA. Opisałam to tak sugestywnie, że niektórzy czytelnicy nie mogli wyjść z podziwu i nawet podejrzewali, że mam jakieś doświadczenia z tą chorobą. Szczególnie ubawił mnie list od pewnego czytelnika, który pisał, że mnie zdemaskował. Otóż w książce napisałam o tzw. małpkach orzechówki, że mają zawartość 0,25 ml, a nie 0,20 ml.

A inne postacie cyklu o żywiołach? Są wzorowane na prawdziwych osobach?

Wszyscy bohaterowie są fikcyjni, natomiast czasami w moich książkach występują imiona i nazwiska osób naprawdę istniejących. Co jeszcze nie znaczy, że opisałam dokładnie znane mi osoby i w książce są takie jak w rzeczywistości. Na przykład Robert Duchnowski - Duch to prawdziwy policjant, który od lat jest moim niezawodnym konsultantem w sprawach kryminalistycznych. Fajny facet, mający niesamowite poczucie humoru. W „Pochłaniaczu” występuje gangster, dałam mu pseudonim - "Majami", w tym środowisku, przed laty był taki mafiozo.

Protoplastę tej postaci poznałam w Gdańsku Wrzeszczu, gdy zbierałam materiały do książki. To właśnie temu panu zawdzięczam znajomość przestępczej kuchni. Szukałam miejsca do jednej ze scen, spodobała mi się ulica Zbyszka z Bogdańca, więc chodziłam po niej tam i z powrotem, jarając szlugi. Wreszcie z jednego z domów wyszedł olbrzymi facet z szyją szeroką jak twarz i zapytał, dlaczego tak chodzę i kim jestem. Odpowiedziałam grzecznie, że nazywam się Kasia Bonda i zbieram materiały do książki. Wtedy "duży" poprosił mniejszego faceta i to był właśnie pierwowzór fabularnego "Majamiego".

© PRZEMYSLAW SWIDERSKI / POLSKA PRESS



Porozmawiał ze mną i widocznie opowieść, która potem wyszła drukiem jako „Pochłaniacz”, mu się spodobała, bo zapoznał mnie z dawnymi kumplami - dziś wzorowymi biznesmenami. Pojechaliśmy do lokalu, niegdyś kultowego Maksyma w Gdyni (lokal z piosenki Lady Pank - przyp. red.) i rozpoczęły się opowieści. To byli jednak inni przestępcy, czasy były inne i nieco inne były ich motywacje, choć zajmowali się tym, co każdy członek półświatka na naszym globie. Na koniec rozmowy zaproponowałam "Majamiemu", że napiszę o szczegółach i ciekawostkach, jakie mi opowiedział, ale zmienię jego nazwisko, by go nie rozpoznano. A on na to: "Nazwiska nie podawaj, ale zostaw pseudonim. Kupię książkę kolegom, będą mieli pamiątkę z młodych, gniewnych lat. Wtedy wszyscy byliśmy wilkami".

Sasza Załuska to niezwykła postać. Będzie jeszcze bohaterką Pani książek?

Nie. Ale nie jest prawdą, jak podejrzewają niektórzy czytelnicy (wiem, bo mnie o to pytają), że uśmiercę Saszę. Dziewczyna będzie żyć, ale „Czerwony pająk” (czwarty tom cyklu) zakończy się w ten sposób, że kontynuacja jej losów będzie całkowicie niemożliwa.

Pani książki są doskonale udokumentowane. Nie ma w nich nieścisłości. Musi to Panią kosztować wiele pracy.

Szanuję moich czytelników, więc podchodzę do pisania bardzo poważnie. Zanim się za nie zabiorę, robię bardzo dokładną dokumentację. Staram się poznać miejsce akcji, problem, o którym piszę. Korzystam z fachowych książek, pomocy konsultantów, przepytuję ludzi. Jak piszę, to piszę, a nie "rozdrabniam się" na inne rzeczy. Pracuję nad konkretną historią sporo czasu, przesiąkam nią i daję z siebie wszystko. Czytelnik ma poczuć, że dostał coś autentycznego, coś, co trzyma go w napięciu. Nie jest łatwo utrzymać odpowiednie tempo i napięcie podczas pisania, dlatego, gdy tworzę, siedzę w domu, w czapie, ubrana w byle co. Bywa, że szkoda mi czasu nawet na kąpiele, które nota bene uwielbiam. Pisząc, po prostu o siebie nie dbam i nie dbam o nic innego, gdyż książka jest wtedy najważniejsza. I wszyscy muszą się do tego dostosować.

Jak znosi to Pani dziewięcioletnia córka?

Normalnie. A pani w domu chodzi w sukni balowej? Odkąd ona żyje, ja piszę, nie zna mnie innej. Czy gdybym pracowała na kasie w supermarkecie, byłoby mnie w domu więcej? Wątpię. Nie chodzę do pracy, dużo przebywam w domu. Czas pisania książki to okres newralgiczny, a tak poza tym jestem z córką cały czas. Zresztą jest ze mnie dumna i wiele na tym korzysta. Ma matkę szczęśliwą, spełnioną, osiągającą sukcesy. Czy to aż taki problem, by trzeba było to znosić? Gdy ją pytam, jak poszło jej na języku angielskim, to ona pyta w odpowiedzi: "A jak tobie wyszła scena?" Dzięki mojej córce mogę poznać pewien sposób niewinności, który jest właściwy tylko dzieciom. Chodzimy razem na filmy, robimy sobie zajęcia z etyki. Jest to dla mnie i dla niej pewnego rodzaju szkolenie. Uczymy się od siebie. Czysta energia córki jest mi potrzebna. Czasem wykorzystuję niektóre z jej pomysłów. To ona wymyśliła np. postacie dwóch dresiarzy o pseudonimach Szron i Szadź. Oczywiście w „Lampionach” nie są to tak grzeczne postacie, jak chciała moja córka.

W innych profesjach można coś zakończyć o określonej godzinie, odłożyć do szufladki. W pisaniu tak się nie da. Ale za to, kiedy wymyślam książkę, ustawiam jej plan, jest bardzo dużo wolnego czasu, właściwie 24 godziny. Prawdą jest, że najlepsze pomysły przychodzą do głowy w trakcie zmywania czy układania LEGO.

Pisarki mają pod tym względem gorzej?


Nie odpowiadam za wszystkie panie. Mogę mówić tylko za siebie.
W mojej opinii pisarze mają więcej komfortu, ponieważ kiedy tworzą, prozę życia ogarniają im ich kobiety. Ja muszę organizować obie sfery - twórczą i prozaiczną - samodzielnie. Gdybym nie była dobrym strategiem, pewnie nie pisałabym wcale. Myślę, że każda pisarka, jeśli podchodzi do swojej pracy profesjonalnie, zasługuje na miano mistrza logistyki, choć nikt tego nie dostrzega i nie docenia.


Znam fajne, genialne dziewczyny, które piszą, a gdy wraca do domu mąż, rzucają robotę i gotują mu bigos. To jest dla mnie całkowicie nie do pojęcia. Dla nich rodzina jest na pierwszym miejscu, a pisanie na drugim. Ze mną jest inaczej. Ja w takim przypadku postępuję jak facet, twórczość zawsze była u mnie na pierwszym miejscu i słyszę, że to źle. Strasznie mnie to wkurza.
© PAWEL LACHETA/ Polska Press



A jak znosi takie podejście do pisania Pani partner?

Jest wojna (śmiech). Ale książka zawsze wygrywa.
Dokonywałam w życiu wielu wyborów, łatwiejszych i trudnych, ale zawsze pisanie było u mnie na pierwszym miejscu.
Można sobie takie rzeczy poukładać z partnerem, ale do takiego podejścia trzeba konsekwencji i hartu ducha. Inaczej niczego się nie osiągnie.

Pani osiągnęła, bo nazywają Panią "królową kryminału". I najpiękniejszą autorką powieści kryminalnych…

No bez przesady (śmiech). Na spotkania ze mną przychodzi wielu mężczyzn, ale mam nadzieję, że nie ze względu na mój wygląd. W każdym razie komunikują mi, że podoba im się mój styl pisania i zdolność dedukcji. A tak w ogóle zawsze powtarzam, że moje książki to nie są do końca kryminały. Owszem, w każdej z nich jest wątek kryminalny, ale są także inne treści. Teraz na przykład planuję coś specjalnego. Książka, która powstanie po zakończeniu tetralogii czterech żywiołów, będzie w moim stylu, ale będzie też reprezentantem opowieści, której nie ma jeszcze na rynku.

A jakie książki poleciłaby Pani czytelnikom? Co czyta Pani prywatnie?

Wszystko czytam służbowo. Pisarz, który nie czyta, nie rozwija się. Duże wrażenie zrobiło na mnie „Miasto glin” Karin Slaughter - to powieść, która ukazała się niedawno. Podobają mi się też książki Stuarta Mcbride'a, szkockiego pisarza thrillerów, który ma w dodatku niesamowite poczucie humoru. Przeczytałam również i polecam „Ósme życie" Nino Haratischwili. To saga rodzinna, wspaniała książka, choć podejmowany w niej temat jest niełatwy i wymaga mocnych nerwów, jak wszystkie opowieści zbudowane na faktach, dotyczące byłego ZSRR. Niedawno mój szczery zachwyt wzbudziła również nowa książka Anny Janyskiej „To nie jest opowieść dla młodych ludzi" - rzecz niezwykła, smakowita literacko i mój osobisty kandydat do przyszłorocznej nagrody Nike.

Rozmawiała Małgorzata Stuch
Zdjęcie główne: Tomasz Bolt/ Polska Press



© BARTEK SYTA/ Polska Press




O autorce
Katarzyna Bonda - pisarka i dokumentalistka, dziennikarka i scenarzystka, zajmująca się tematyką kryminalną. Dziennikarstwem zainteresowała się jeszcze w szkole średniej, pisząc do lokalnych czasopism. Studiowała dziennikarstwo na Uniwersytecie Warszawskim, ukończyła też studia na kierunku scenopisarstwo w PWSFTviT. Przez 12 lat pracowała jako dziennikarka w redakcjach, m.in.: „Super Expressu”, „Newsweeka”, „Wprost”, „Naj”, „Expressu Wieczornego” i „Kuriera Podlaskiego”. Wykłada w szkole kreatywnego pisania w Warszawie, a także utworzyła własną szkołę i portal o pisaniu. W 2007 ukazała się jej powieść kryminalna „ "Sprawa Niny Frank”, która została nominowana do Nagrody Wielkiego Kalibru, a przez wydawnictwo Media Express wyróżniona nagrodą za debiut roku. Bonda jest autorką powieści kryminalnych „Tylko martwi nie kłamią”, „Florystka”, tetralogii o czterech żywiołach, z której do tej pory ukazały się trzy tomy: „Pochłaniacz” (Powietrze), „Okularnik" (Ziemia) i „Lampiony" (Ogień). „Okularnik" zdobył tytuł Bestsellera Empiku 2015 w kategorii literatura polska. Bonda napisała także dokumenty kryminalne „Polskie morderczynie” (2008) i „Zbrodnia niedoskonała” (2009, z Bogdanem Lachem).

Komentarze (0)

Podane dane osobowe będą przetwarzane przez Polska Press Sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie. Podanie danych jest dobrowolne. Pozostałe informacje na temat celu i zakresu przetwarzania danych osobowych oraz Twoich praw znajdziesz w Polityce Prywatności. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Zaloguj się / Zarejestruj się!

Brak komentarzy. Możesz być pierwszy!